100 kilometrów mocnych wrażeń – Kierat

Zdjęcie0769Miał być przyjemny marsz po górach i interesujące wyzwanie, ale rzeczywistość wylała na nas kubeł zimnej wody w postaci granicznego wycieńczenia fizycznego oraz siadającej psychiki :) Stukilometrowy marsz okazał się jedną z najciekawszych i najbarwniejszych przygód ;)

Uwaga – wpis jest obszerną i szczegółową relacją :)

Limanowa

Dziesiąta edycja Ekstremalnego Maratonu Kierat odbywała się, jak zawsze, w Limanowej :) Start na Rynku. Pomysł, decyzja, opłata rejestracyjna, plan i bilet na autobus. Odebranie pakietów startowych, oficjalna odprawa dla nowicjuszy takich jak my, ostateczne zapakowanie plecaka i jesteśmy na Rynku w Limanowej z mapami Kierata 2013. Przed nami 100 kilometrów i prawie 30 godzin marszu. Jesteśmy radośni, rozluźnieni, gotowi na wyzwanie. Każdemu udziela się spora porcja adrenaliny ale też bojaźni przed trasą. Nasze założenia co do ogólnej trudności tego wyścigu były co najmniej fatalne. Powoli, w miarę upływania trasy, wszystko stawało się jasne i dochodziło do nas, że rzuciliśmy sobie wyzwanie dużo trudniejsze niż zakładaliśmy… :)

Start

Na starcie stawia się ponad 600 osób. W tym nasza siedmioosobowa ekipa – ja, Tokar, Andrzej, Maju, Górecki, Bartek i Radzio. Jeszcze ostatnie przemówienia z mównicy na Rynku, głośne odliczanie i czas start! Ruszamy na spokojnie, wiemy, że nie ma co forsować, jeszcze zdążymy się zmęczyć :) Zawsze przy takich wyścigach lekko stresuje mnie to jak wiele osób jest dużo lepiej ode mnie przygotowanych, a przynajmniej wyposażonych w komfortowy sprzęt :) Wiem, że tak naprawdę to nic nie oznacza, ale zawsze czuję się na początku lekko nieswojo bo skoro oni się tak przygotowali jak na wojnę to znaczy, że tak prawdopodobnie będzie, a ja nawet porządnej zbroi nie mam :)

12 kilometr – punkt nr 2

Punkt numer 1 był łatwy do zdobycia i szliśmy w zbitej grupie, z wieloma innymi uczestnikami. Luźny marsz, jeszcze asfaltową drogą – takie Wyjście Z Limanowej. Można nogi rozgrzać i pocieszyć się, że przynajmniej te kilka kilometrów uda się zaliczyć na łagodnej trasie :)

Drugi punkt już taki łatwy nie był i był to szczyt niewielkiego wzniesienia. Niewielkiego, ale to podejście pozwoliło już zweryfikować swoje siły. Niesiony ciągle adrenaliną startu wesoło parłem do przodu :) Powoli robiło się ciemno, początkowo klimatyczna mgła w środku lasu, ale w końcu zrobiło się całkowicie ciemno i w ruch poszły latarki czołówki. Kierat zaczął się rozkręcać.

Zdjęcie0805

18 kilometr – punkt nr 3

Następnie jest zejście do małej miejscowości. Ponieważ ciągle biegnie dużo ludzi koło siebie, nawigacja idzie łatwo, a właściwie szybko potwierdzają się kolejne nasze pomysły. Schodzimy błotnistym rowem w dół. Środek lasu, ciemno, godzina jakaś 22-23, wyżłobiony przez wodę strumień prowadzi w dół i tym błotem schodzimy my i kilkadziesiąt innych osób. Zaczynają się pierwsze poślizgnięcia i upadki w błoto. Zaczynamy być coraz bardziej nastawieni bojowo i błoto, które na starcie byłoby nie do zaakceptowania, teraz nie przeszkadza, mimo, że właśnie się poślizgnąłem i mam pół nogawki mokrej. Wychodzimy z lasu, kawałek ścieżki przez pole i grupa czołówek w ciemności wychodzi na asfalt w jakiejś wsi. W lewo czy w prawo? Osób stoi może ze 40, decyzję podejmuje około 15. Decyzja – w lewo. Wszyscy idą w lewo. Po 2 minutach z naprzeciwka jedzie quad, miejscowy, lokals! :) Zatrzymujemy go i pytamy o drogę. Trzeba zawrócić. Tam było w prawo… :D Dochodzimy do punktu przy stadionie. Żołnierze uzupełniają nam wodę. Krótka analiza mapy i jedziemy dalej. Czas zdobyć następny punkt opisany „Ćwilin – Kapliczka z 1941 roku”.

Zdjęcie0817

23 kilometr – punkt nr 4

Kolejne wejście pod górę. Tym razem jednak ostrzejsze i dużo dłuższe. Las, błoto, noc a my szukamy Kapliczki z 1941 roku. W pewnym momencie nasza ekipa zostaje sama w środku lasu. Idziemy obranym przez nas szlakiem, inni też raczej tak będą szli bo był to najoptymalniejszy wybór. Ale ani przed nami ani za nami nie widać żadnej czołówki. W ogóle ciągłe obserwowanie czy gdzieś w ciemności nie mignęło nam światło czyjejś czołówki – czasem przydatny trop i ratująca tyłek wskazówka. No ale idziemy sami. Ciągle się wspinamy, raz na jakiś czas wychodzimy na otwartą przestrzeń gdzie wieje bardzo chłodny i przeszywający mokre od potu ciało wiatr. Po solidnej godzinie osiągamy kapliczkę na szczycie pagórka. Ognisko, kilka osób i Kapliczka. Podbijamy nasze identyfikatory – kolejny punkt zaliczony. Ktoś naprawia sobie nogę, ja zmieniam i wyrzucam przepoconą koszulkę i zakładam kurtkę.

32 kilometr – punkt nr 5

Tym razem trzeba osiągnąć ‚Wschodni brzeg Mszanki’. Będzie trochę po asfalcie jak wyjdziemy z lasu. Uff, bo czuję, że przydałby się odpoczynek, noc i pagórki dają się we znaki. Kilkadziesiąt minut przez las i wychodzimy na większą drogę. Chłopaki zastanawiają się co dalej, z jakąś starszą kobietą o bojowym nastawieniu. Kładę się ze zmęczenia. Chciałem tylko przykucnąć, ale wizja możliwości położenia się wygrywa. Pozycja embrionalna. Zaczynam zasypiać. Wiemy w którą stronę iść. W prawo. „Kacper! Wstawaj! Co ty robisz, idziemy dalej”. Powoli się podnoszę. Chłopaki i kobieta już kilkanaście metrów ode mnie. Jedziemy dalej.

Po dwudziestu-kilku minutach punkt numer 5. Dłuższa przerwa. Decydujemy się na „do dziesięciu minut”. Rozkładam się wygodnie. Czuję spore zmęczenie. Chyba kryzys. Cholera, jest dopiero północ, tyle godzin do poranka! Chłopaki napierają. Musimy iść dalej. Lekko odpocząłem chociaż asfalt nie był ciepły. Jeszcze dziesięć kilometrów, dwa punkty i będzie jedyny ciepły napój na trasie.

42 kilometr – punkt nr 7

Do szóstki ciągle przez las. Oznaczonym szlakiem, więc wystarczyło pilnować drzew, omijać kałuże i trzymać dobre tempo. Check-point praktycznie w środku lasu. Rozpalone ognisko, namiot i dwójka organizatorów podbijające nam kolejny punkt na identyfikatorze. Siedzi ktoś kto zrezygnował. Masuje stopę. Chyba kontuzja. Jedziemy dalej, bo ciepła kawa czeka.

Ciągle czuję się zmęczony. Narzekam, chcę zwolnić. Boże, jeszcze tak daleko. Muszę się przespać. Chłopaki, potrzebuję snu! Wychodzimy z lasu, teraz będzie trochę asfaltu. Dochodzi czwarta, zaczyna się przejaśniać, może minie mi kryzys. Maju mi mówi, żebym śpiewał, żeby odgonić Morfeusza. Zaczynamy coś skandować, coś nucić… pomaga! :) Wraca power. Do tego o 3:30 dzwonią znajomi z imprezy w Krakowie, żeby zaśpiewać nam nasze ulubione Pocahontas. Odwdzięczamy się tym samym :) Dużo dobrej energii zasila nasze mięśnie. Zaczyna się robić już dużo jaśniej, gasimy czołówki.

Luboń Wielki

Dochodzimy do punktu siódmego, przy kościele. Rozdają ciepłą kawę, herbatę, albo zupkę. Biorę kawę i mówię chłopakom, że muszę się zdrzemnąć, niech mnie budzą jak będziemy wychodzić. Zawijam się w folię izotermiczną i kładę się na drewnianych deskach wiaty. Jakieś dziesięć minut mija przeraźliwie szybko, Andrzej mnie budzi, bo idziemy już dalej. Pierwsze kilkanaście sekund po takim przebudzeniu jest okropne. Ale przeczekuje, dopijam kawę i myślę sobie – „piąta rano, zaczynamy rundę drugą, noc za nami”. Coś tam przekąszam, smaruję nogi żelem rozgrzewającym, bo po dłuższej przerwie są już jak z kamienia. Za chwilę dzwoni Tomek, jest przed nami w trasie i mówi nam co właśnie przed nami. Punkt numer osiem – Luboń Wielki. Szczyt góry… Według mnie ta informacja była kluczowa, ponieważ mentalnie nastawiliśmy się na prawie kilometrowe podejście wzwyż. Dziewiątka była za tą górą. Czyli dwa punkty i pokonujemy wysoką górę, później już powinno być łatwiej, bo będziemy mieli większość przewyższeń za sobą.

Sen pomógł niesamowicie. Niby tylko 10 minut, niby na ziemi, niby zimno – a organizm zregenerowany! Dobrze, bo trochę mnie ten przedwczesny kryzys wystraszył. Wchodzimy na górę. Wspinaczka bliska pionu. Wbrew pozorom takie maksymalnie ostre wejścia nam służą bo pracuje inna grupa mięśni. To czuć. Wspinamy się bardzo szybko. Opłaciło się bojowe nastawienie i informacja od Tomka. Po 45 minutach jesteśmy na szczycie. Check-point i schodzimy na dół. Kamieniołomem.

49 kilometr – punkt nr 9

Okropny fragment. Złażenie po ogromnych kamieniach, śliskich, stromych i kanciastych. Niech ześlizgnie ci się noga, a umarł w butach. Być może dosłownie. Po kilkudziesięciu minutach złażenia kamieniami, długa prosta przez las. Monotonna i wyniszczająca. Gdzie jest dziewiątka? Psychologicznie tam kończy się ta najtrudniejsza góra i wybija półmetek – 49 kilometrów. Idziemy i nie myślimy. Zaczynają się przeplatać kryzysy. To dopiero połowa, a już zaczynaliśmy używać słowa wycieńczenie. Rozładowują się pierwsze telefony. Godzina siódma trzydzieści. Przed nami wyjątkowo łatwy fragment. Zrobimy całe dziesięć kilosów prostą drogą, po drodze będzie sklep i dużo asfaltu. Nakręcamy się tym, że najgorsza góra już za nami – nic dalej nie będzie już tak wysokie i trudne. Raźno opuszczamy punkt w pełnym poranku.

67 kilometr – punkt nr 11

Jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, ale właśnie zaczynała się ‚połówka nawigacyjna’. Pierwsza połowa trasy była bardziej sportowa, kolejne 50 kilometrów będzie orientacyjnych, z trudnymi do przejścia fragmentami i łatwymi punktami do zgubienia się.

Doszliśmy do dziesiątki bez większych problemów. Atak na jedenastkę – szukamy szkoły. Idziemy większą grupą, przez łąki. Prowadzą nas faceci w moro z nawigatorem GPS. Jesteśmy w bezpiecznych rękach. Ale GPS gubi sygnał. Zaczynamy robić dziwne manewry. Trzech nawiguje, korzysta kilkanaście osób. Zawracamy się raz, drugi, trzeci … coś jest nie tak. Zaczynamy solidnie błądzić. Przerwy na ogarnianie mapy są coraz dłuższe i już cała grupa zaczyna rozumieć, że coś jest nie tak. Tracimy dwadzieścia minut. Trzydzieści. Prawie godzinę. Idziemy kompletnie nielogiczną ścieżką – naokoło, zawracając i powtarzając fragmenty. Po kilku niezrozumiałych manewrach, przejściu przez las i zboże – jesteśmy na ostatniej prostej do piekielnej szkoły. Zachodzimy wściekli. Od ostatniego punktu wyprzedziło nas prawie 100 osób. Dobrze ponad godzina w plecy. Startujemy dalej ale w wyraźnie nerwowej atmosferze. Zmęczenie zaczyna rozkładać ludzi. Morale siadło, każdego napieprzają kolana od zejść, boimy się zdejmować buty, żeby nie zdjąć razem z nimi całej stopy. Pośpiesznie wyruszamy dalej, żeby jakoś nadrobić straty i nie myśleć o tym głupim błądzeniu.

Zdjęcie0874

78 kilometr – punkt nr 13

Do dwunastki docieramy szybko i bez większego wysiłku. To chyba najlepszy nasz fragment. Następna pechowa trzynastka. Według analizy mapy będzie trochę pod górę. Od kilku kilometrów idziemy z grupką 20-30 mniej więcej tych samych osób. Nawigują nam, nawiązujemy znajomość. Rzeczywiście jest mocno pod górę ale tym razem fakt, że pracują inne partie mięśni ma jeszcze większe znaczenie. Szukamy domostwa nr 131. Jakaś miejscowa kobita nas źle prowadzi idziemy trochę naokoło. W końcu dochodzimy. Zintegrowani z ekipą, jest trochę raźniej, wszyscy o podobnej kondycji fizycznej i psychicznej. Kładę się na ziemi. Wychodzi słońce. Przynajmniej na chwilę spełnia się moje marzenie o dobrej pogodzie. Leżę na wiejskiej drodze na wznak i słońce świeci mi w twarz. Już tak blisko mety. Błogość…

Zdjęcie0880

84 kilometr – punkt nr 14

Tutaj zaczęło się piekło. Szukamy przydrożnego parkingu. Idziemy nietrudną ścieżką. 8 kilometrów. Już chyba zmęczenie wchodzi nam na percepcję bo w połowie już jesteśmy przekonani, że powinniśmy być na miejscu. Nic z tego. Jeszcze kawałek pod górę. Rozwidlenie dróg. Część poszła w lewo bo ‚strumyczek miał być po prawej’. Czekam na resztę. Przyszli a facet, z którym szliśmy i który skończył 3 Kieraty (na 5 startów!) mówi, że to będzie w prawo. Idziemy za jego doświadczeniem. Ryjemy pod górę, robimy dużo zakrętów. Coś za dużo nawet. Jeszcze bardziej pod górę, teraz przez niewydeptaną trawę. Znowu coś mi tu mocno nie gra. Jakieś domostwo. Pada nazwa. Patrzę na mapę – 2 kilometry na południe. Jasna cholera!!! Tracimy jeszcze ze 40 minut na wyrównanie trasy. Psychika siada. Nie tak to miało wyglądać. Przytłaczają nadłożone kilometry. Zaczyna się robić wieczór. Powoli uświadamiam sobie jak długo to już trwa. Jak długo w naszych głowach siedzi tylko ta meta. A to już tak realnie blisko. Ale ciągle jest ponad 15 kilometrów, a teraz rozumiemy już zagrożenie błądzenia. Gadamy sobie motywacyjne teksty i nakręcamy nawzajem. To już końcówka. Napieramy!

Zdjęcie0888

92 kilometr – punkt nr 15

Nie wiem, ale jeśli organizatorzy tak to zaplanowali, to są naprawdę obrzydliwymi sadystami. Ostatni fragment w lesie z mnóstwem pułapek żeby się pogubić. Sporo – 8 kilosów. Idziemy tą grupką około 20 osób. Pierwsza połowa mija bez większych problemów, co prawda pod górę, ale asfaltem poprzez łąki. Odwracam się i widzę jak na zachmurzonym niebie, w oddali, zrobiła się ‚dziura w chmurach’ i poprzez nią pięknie pada słońce na wioskę kilkadziesiąt kilometrów stąd. Mimo zmęczenia i odczucia, że mam wszystkiego dość – na chwilę doceniam widoczek. Dodaje lekkiej otuchy. Wchodzimy do lasu. Najgorsze błoto na całej trasie. Na całą szerokość ścieżki, nie mamy już sił przeskakiwać, grzęzną buty. Nie wiemy kiedy ale odłączamy się z Bartkiem od grupy i zostajemy z tyłu. Bartek od półmetka idzie z praktycznie unieruchomioną nogą. Zostaję z nim bo jak się coś stanie to będzie musiał czekać na pomoc następnych piechurów, a nie wiadomo kiedy tacy przyjdą Zgubiliśmy się. Rozwidlenie drogi. Stoję i patrzę na mapę. Chyba w prawo. Dołącza do nas dziewczyna. Kurczę, nie chcę wprowadzić w las jeszcze większej ilości osób, sam Bartek wystarczy. No chyba w prawo. Bartek zauważa butelkę po wodzie. To chyba znak? Ale co oznacza? Iść właśnie tam czy nie iść? Dzwonię do Andrzeja. Obok leży strzałka i tam mamy iść, właśnie zostawiają nam na trasie następne. Uff, ok, to idziemy. W międzyczasie dołącza do nas jeszcze dwójka. Co pokazuje strzałka? W lewo. Idziemy.

Zdjęcie0894

Droga okropnie się dłuży. Mam szczerze dość. Nie wytrzymuję. Krzyczę bluzgi w powietrze. Walę kijkiem w drzewa ze złości. Nic to nie pomaga. Mam absolutnie dość, nie wiem co robić, łapie mnie agresor, jestem irracjonalnie zły na organizatorów, na pogodę, na głupie błoto. Jestem bezradny i dobrze to wiem. Jestem też już za blisko mety żeby zrezygnować. Dobrze, że są kolejne strzałki. Gdybyśmy pobłądzili chyba bym odpuścił. Nie wytrzymałbym psychicznie kolejnej ‚porażki’, kolejnego zawracania i dorzucania kilometrów. Na szczęście, po kilkunastu minutach mordęgi docieramy do piętnastki. Siadam zrezygnowany. Nie odpowiadam na zagajającą mnie organizatorkę. Mogę tylko odburknąć coś chamskiego. Lepiej sobie darować. Bartek dzwoni do chłopaków – z piętnastki wyszli 15 minut temu. No to ładnie uciekli. To kontuzjowany Bartek podejmuje decyzję o wyjściu na ostatnią prostą. Mogę wyjść, wszystko mi jedno i tak już gorzej się czuł nie będę.

Ostatnia prosta

Ale przecież przede mną fragment na który czekałem. Piętnastka była na skraju lasu, teraz będzie już tylko asfalt i schodzenie w dół do Limanowej. Tym razem powrót z gór. Można pobiec, nadrobić czas, sportowo powalczyć. No na to czekałem. Łapie energię. Ustalam z Bartkiem, że biegnę, a on dokończy na spokojnie z poznanymi wcześniej ludźmi. Wchodzimy na asfalt i zaczynam bieg. Nogi, które wcześniej ledwo podnosiły mnie z ławki teraz powoli się rozpędzają. Zaczynam biec szybciej niż się spodziewałem. Zaczynam wyprzedzać ludzi, których kojarzyłem z tej końcowej dwudziestoosobowej grupy. Mijam ich, pozdrawiamy się i motywujemy. „Do zobaczenia na mecie”. „Już blisko”. Ogarnia mnie amok finiszu. Biegnę już prawie sprintem. JAK!? Przecież mam w nogach ponad 100 kilometrów! Mam siły i chcę biec. Mijam kolejne osoby, czuję jak nadrabiam wszystkie straty. Doganiam Andrzeja i Maja. Nie zwalniam, tak dobrze mi idzie, że boję się zatrzymać. Staram się ich poderwać do biegu, ale po ich twarzach widzę, że nic z tego. Biegnę jeszcze z pół kilometra i przechodzę w szybki marsz. Patrzę na mapę. Przebiegłem większość ostatniej prostej. Łał, nieźle. Może uda mi się jeszcze kogoś nadgonić. Prę już do samej mety. Dobiegam do ostatniego punktu, tam gdzie odbieraliśmy pakiety startowe. Przyzwyczajony do maratońskich met – z pompą, kibicami, wybijającym ostatnie sekundy czasem i prawie, że obowiązkowym sprintem na finishu, przeżywam spory zawód. Pusto, głucho, nawet nie ma linii, przez którą by się przebiegało. Trochę smutno, długo sobie tę metę wizualizowałem a tu taka przykra niespodzianka. No nic. Odbieram medal, dyplom i kiełbaskę na uzupełnienie kalorii. Czuję wzruszenie i taką lekką ‚rozpacz’, że to wszystko się już skończyło. Po dziesięciu minutach na metę docierają chłopaki. Bartek ze swoją kontuzją męczył się jeszcze godzinę – szacun dla niego.

Zdjęcie0886

Meta

Wracam na salę gimnastyczną gdzie śpimy. Czuję się mentalnie wymielony i przeżuty. To była najtrudniejsza rzecz z jaką przyszło mi się kiedykolwiek zmierzyć. Najgorsza i najlepsza. Nigdy nie miałem takich kryzysów. Nigdy moja psychika nie była wystawiana na takie próby. Nie mówiąc już o tym, że organizm nigdy nie miał okazji się tak zmęczyć. Ale siedzę i czuję, że wiele na tym skorzystam. Zrozumiałem wiele rzeczy. Sporo spraw w trasie sobie uświadomiłem. Było dużo czasu na przemyślenia. Czuję się pewniejszy fizycznie. Teraz wiem, że mogą mnie zdesantować w środku lasu i jakoś przeżyję. Teraz czuję, że mogę wszystko. Stoję, po powrocie do Krakowa, na ulicy i czuję się innym człowiekiem. Patrzę dookoła i czuję wśród tych ludzi moc. Teraz mogę wszystko. Przetestowałem sam siebie i ten egzamin zdałem. Uczucie jakbym wygrał jakieś mistrzostwo, ważny puchar.

Przecież w sumie wygrałem.

 

kacper

 
  • Kaśka

    Meega fajna relacja!
    od jak długiego czasu trzeba biegać żeby móc się na coś takiego porwać ?

    • kacper

      Kierat akurat był wyzwaniem dużym, ale ja nie jestem dobrym przykładem przygotowań bo za wiele przed samym Kieratem nie trenowałem ;) Uważam jednak, że przebiegnięcie przed taką ‚setką’ przynajmniej jednego maratonu (i oczywiście przygotowania do niego) jest niezbędne, coby z długimi dystansami się zapoznać. A maraton i tak da jakieś 10-20 procent wyobrażeń o tym co MOŻE dziać się na takim Kieracie ;)