Barceloński Survival cz.2

Lekki chłodek zawiał mi po tyłku więc przekręciłem się na bok i starając się uruchomić trybiki w moim mózgu, powoli przypomniałem sobie, że przecież jestem w Barcelonie i śpię na jakiejś klatce schodowej… :D 

Podniosłem lekko głowę i skojarzyłem kolejne fakty – no tak, pół piętra wyżej śpi dwójka moich-ziomków-Niemców i pół piętra niżej śpi kolejna dwójka moich-ziomków-Niemców. Patrzę na zegarek – 6:30, nieee no, wracam spać. Przykryłem tyłeczek coby nie wiało mi i nie przeszkadzało we śnie i zasnąłem.

Zdjęcie2397

Kolejna urywka – z dołu wchodzi ktoś po klatce. Idzie do nas. Strach, przyspieszone bicie serca, moi towarzysze podróży również przestraszeni wystawili ze śpiworów swoje główki niczym surykatki. Pojawia się robotnik. Żeby było śmieszniej ma koszulkę z napisem Policia więc strach w pewnym momencie jest naprawdę duży. Ale chłop się uśmiecha, omija nas dużymi krokami, wchodzi na ostatnie piętro, bierze kilka desek z dachu i wraca na dół. Jeden z nas – Julian, pyta się łamanym hiszpańskim czy musimy stąd iść – nie, nie, spoko, śpijcie dalej…. :D Patrzę na zegarek – 8:15, nieee no, wracam spać.

Mija jednak niecała godzinka a nas pseudopolicjant wraca i smutnym głosem, wręcz przepraszając, oznajmia nam, że musimy jednak się zwijać, bo niedługo szef, bo kontrola, bo przypał. No, jest już dziewiąta rano i tak się bardzo dobrze wyspaliśmy, a nie ma co tracić czasu bo jestem w Barcelonie, trip czeka. :) Zwinęliśmy się więc niepośpiesznie i wyszliśmy na słoneczną La Ramblę.

Wpis jest trochę dłuższy, ale zapraszam na przygody :)
Jest to kontynuacja wydarzeń opisanych w pierwszej części.

Zdjęcie2380

Śniadanie

Wywlekliśmy się z klatki, leniwie się przeciągając i przecierając oczy jednocześnie śmiało przytakując sobie nawzajem, że nocleg był naprawdę świetny. Ok, co dalej – śniadanie, mówi reszta. Spoko, ale ja swoje gotowane jajka już zjadłem. :D Niemcy mówią, że obok jest bazar i tam idziemy. No to idę z nimi, zobaczymy co wykminią (chociaż powoli nabieram podejrzeń, że będą po prostu kraść). Nie myliłem się, zachodzimy na miejsce, oni zrzucają plecaki pod jakąś kolumną, mówią, że zaraz wrócą i rozchodzą się w bazarowe uliczki niczym poczwary. Nie mija nawet 5 minut a każdy z nich wraca z czymś w łapie – koktajl, owoce, serek, szyneczka, picie… co tylko chcesz. Rzucają mi to pod nogi i wbijają w tłum ponownie. Jestem w lekkim szoku bo zgarniają towar na potęgę i jeszcze planują akcje typu „ty zagadasz, ja zawinę”. Mówię od razu – NIE POPIERAM. Tym bardziej, że to bazar, uczciwie pracujący ludzie ciupają jakieś tam zyski dzień w dzień harując a niemiaszki-złodziejaszki ich normalnie rabują w biały dzień. Po 10 minutach mieli już tyle dóbr, że siedli i zaczęli jeść. Mimo iż lekko zniesmaczony całością – dosiadłem się do nich, bo byłem zbyt ciekawy co wydarzy się dalej. Trochę próbowałem wysondować czemu to robią, czy może jednak darowaliby sobie takie grabieże itd, ale nie miało to większego sensu, bo oni w tym niewiele złego widzą, lubią taką adrenalinkę, mają to w sumie w dupie i w ogóle to ich lifestyle. Oczywiście – wiedzą, że kradną teraz zwykłym ludziom, ale… Carrefour jest otwarty dopiero od 10 a oni są głodni… :) No cóż – niewiele mogąc z tym zrobić próbowałem ich mimo wszystko jeszcze umoralnić, ale Tom powiedział całkiem ciekawe słowa – jak raz zaczniesz kraść i zobaczysz jakie to łatwe, to później już trudno jest przestać. Patrząc na nich trudno było mi zaprzeczyć, zresztą poznałem już kilka osób, które sparzyły się na tej zależności. Trochę ubolewałem nad tym, że to aż tak wygląda (przecież dzień wcześniej mi o tym opowiadali, nie byłem w szoku), ale nie mogłem z tym za bardzo zawalczyć. Stwierdziłem, że to się i tak dzieje, a oni nie przestaną po moich wykładach. Nie ukrywam, że tam, wtedy, na miejscu, trochę mnie też to fascynowało. Obserwacja tego i wręcz uczestniczenie w tym było naprawdę ciekawym doświadczeniem, więc stwierdziłem, że skoro mam okazję to sobie poobserwuję. :) Czułem się jak badacz/antropolog, który wszedł w przestępczą grupę i analizuje ją od środka. :D

Zdjęcie2384

Siedzieliśmy tak wpieprzając te zdobycze (nie będę kłamał – podjadałem razem z nimi). Wyglądaliśmy conajmniej niekorzystnie a mieliśmy przed sobą cały zestaw produktów o szerokim przedziale cenowym. Mówię im – przecież ci ludzie naokoło wiedzą, że żadne z nas tego nie kupiło. Tom się tylko zaśmiał i powiedział, że oczywiście, ale nie są nam w stanie tego udowodnić. Zadziwiało mnie ich podejście. :)

Jaki macie plan na dziś? Nie mamy.

Gdy już wszyscy byli dobrze najedzeni a na dupach zrobiły nam się odciski od stuprocentowego lenistwa postanowiliśmy ruszyć dalej. Rzuciłem bardzo niezręczne pytanie – jaki macie plan na dziś? :D Mnie to interesowało, chciałem sobie zaplanować całość, do tego ciągle nie zdecydowałem czy dziś wyruszam na stopa do Walencji czy później. Ale moja grupka niemiaszków-złodziejaszków… nie miała planu. Napisałem, że pytanie było niezręczne – bo jak je zadałem to tylko nieporadnie popatrzyli na siebie i sami nie wiedzieli co powiedzieć. Ich twarze mówiły mi – za cholerę nie mamy planu, nie wiemy co robić, w sumie naszym celem jest znaleźć nocleg i coś zjeść, głupio nam, bo sami jesteśmy zmęczeni już tym szlajaniem się bez celu. Być może za dużo sobie pozwoliłem wyczytać z ich twarzy, ale serio czułem, że takie mają podejście. :) Ustaliliśmy jednak, że oni zaniosą rzeczy do squatu, żeby z plecakami nie chodzić, a później pójdziemy do Apple Store skorzystać trochę z internetu, bo za tym postulowałem. :) No i w sumie to była, jak się później okazało, kluczowa dla mojego następnego pobytu w Barcelonie, rzecz. Bo zobaczyłem gdzie jest squat. :) Nie wszedłem do niego, jedynie niemiaszki-złodziejaszki wskoczyły zostawić rzeczy, ale swoje zapamiętałem. :D Do squatu wrócimy w trzeciej, ostatniej, części Barcelońskiego Survivalu. :)

Zdjęcie2389

Przeszliśmy leniwie do Apple Store, który był na Plac de Cataluna, czyli w miejscu, w którym tę wesołą grupę poznałem. :) Posiedziałem trochę na necie, obczaiłem fejsa i gmaila, zrobiłem nawet jeden przelew (dało się!!), ale głównie interesowała mnie opcja jak wyjechać na stopa z Barcelony. Wskazówki były dosyć jasne, miejsce wskazane – pierwszy wartościowy punkt jakieś 8 km od centrum. Hmmm, na siłę to i na piechotę przejdę, mam przecież czas! :D Nie ma co jednak na necie wtripie siedzieć, więc wyszliśmy i rozłożyliśmy się na superzielonej trawce pod superniebieskim niebiem nieopodal superrześkiej fontanny tak, że raz na jakiś czas dostawaliśmy wilgotną bryzą po ryjkach. Piwko, chillout, słoneczko. Bardzo very nice. Aż mało nie przysnąłem z tego relaksu, no ale czas by coś pokminić.

Auf Wiedersehen

Tutaj zaczęło się robić nieprzyjemnie. No bo ja się pytam co robimy dalej a oni przy mnie, zaczynają gadać po niemiecku. I wiem, że rozmawiają o mnie i dyskutują co im się opłaca czy nie… Wiecie, dużo czasu rozmawiali przy mnie po niemiecku, przecież im nie zabronię, ale jak stoimy w czwórkę w kółeczku, ja zadaję pytanie a oni analizują wszystko po niemiecku to już było not cool. Szprechają a chwila się przedłuża. Grzecznie czekam, ale poziom niekulturalności idzie wysoko w górę. Po chwili pytam się ponownie – guys, what are your decisions? Patrzą się na mnie i dalej po niemiecku. Osz wy jawhol! Zrobiłem się zły i strzeliłem focha, powiedziałem, że ja idę, jak nie idą to czas się żegnać, a jak idą no to schnella. Sprawiali wrażenie jakby nie chcieli się mnie pozbywać, ale jakbym stał im się obojętny, ogólnie zacząłem nabierać jakichś podejrzeń (może i niesłusznych). Wymyślili, że idą na plażę, co mi się średnio podobało – wolałem zdobyć rower, żeby móc pojeździć po mieście, ale moi kompani nie byli skorzy do pomocy mi w tej sprawie. Już wiedziałem co robić. Przytaknąłem, że spoko, idziemy na plażę. Jak szliśmy (wbić się za friko do metra, bo przecież na piechotę się nie opłaca) to zostałem trochę z tyłu od całej grupy i bezszelestnie skręciłem w jakąś uliczkę gubiąc już-mi-niemiłych Niemców. :) Tym razem czułem się jak tajny agent. :D No i tym samym moje „antropologiczne badania” dobiegły końca. :)

Rowerem zwiedzanie

Zostałem więc sam. Stwierdziłem – szukam roweru. Jakieś było moje niedowierzanie gdy podszedłem do pierwszej stacji rowerów i jeden z nich dziwnie migał. Podchodzę, biorę głęboki oddech i pociągam rower. CPYK – wyskoczył… :D Whoa, tego się nie spodziewałem. Wsiadłem na niego i szybko się ulotniłem bo miałem jeszcze w głowie tryb agenta. :P Po euforycznym przejechaniu kilku ulic stwierdziłem, że czas obrać jakieś kierunki skoro mam już środek transportu. Spojrzałem na mapę i stwierdziłem co następuje – Sagrada Familia a później jadę te 8 kilometrów w stronę Walencji i tam łapię stopa. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Najpierw przenawigowałem sobie do Kościółka Gaudiego (całkiem daleko od centrum) co zajęło mi jakieś pół godziny.

Z rowerkiem :)

Z takimi miejscami to jest tak – są piękne, zajebiste, zasługują na swoją sławę i podziw. ALE – są zniszczone, zaplugawione i obrzydzone całą tą turystyczną i komercyjną otoczką. Ja tego nie rozumiem – czy opłaca się stać prawie 5 godzin w kolejce (sic!) i zapłacić prawie 100 zł za wejście w tłumie bezmyślnych turystów do nieskończonego kościoła? :D Ok, nie o niedokończenie Sagrady chodzi (planują skończyć ją w 2026) ale o to jaki pasożytniczy klimat panuje wokoło takich miejsc. Wzdryga mnie to i obrzydza. Rozumiem, że trzeba zapłacić, rozumiem odstać, rozumiem zainteresowanie, ale skala tego jest smutna trochę. Ja widzę w tym ofiarę (zabytek) i stado sępów, które takie miejsca obsiadają i rzucają się z dziobami na niego – sprzedawców, zarządców i innych takich, którzy pragną hajsu zwiedzających i bezmyślnie tym kierujących się samych zwiedzających. Bo skoro drogo, bo skoro 5 godzin, bo skoro pierwsza pozycja w przewodniku – to trzeba, must see, tutaj macie moje 1000 yuanów!!! Ok, wiem, że jak ktoś z tego tłumu usłyszy, że spałem dziś na klatce schodowej, to pewnie nie uwierzy, poczuje zażenowanie albo przestraszony ucieknie – bo nasze spojrzenie na podróżowanie się po prostu różni, ale i tak mi trochę smutno jak patrzę na takie osoby. Przeraża mnie ich automatyka zwiedzania i bezmyślne pochłanianie podręcznikowych zabytków i miejsc. No ale to odwieczny pojedynek turysta vs. backpacker, nie ma co się irytować. No ale pod Sagradą (świątynią) wytworzyła się druga świątynia – pieniądza. Rzekłem. Amen.

Zdjęcie2395

Av. de la Granvia de l’Hospitalet

Zrobiłem kilka kółek wokół Sagrady, pochillowałem na ławce obok, zjadłem, przewartościowałem plany swojego dnia i z poczuciem misji obrałem kierunek – stacja przy Av. de la Granvia de l’Hospitalet. A czekał mnie taki oto przejazd. Prawie 10 kilometrów, ale miałem czas i jeszcze radość, że jadę i zwiedzam. :) Dojechałem (z problemami) na stację przedstawioną na mapie. Była godzina bodajże 16. Siadłem, wypisałem karton i zacząłem łapać. Od razu wiedziałem, że to miejsce jest złe. Złe a nawet beznadziejne. Raz, że byłem w Hiszpanii a tam się ciężko łapie. Dwa, że byłem ciągle jakby w centrum miasta, większej różnicy niż pod Sagradą nie czułem (lekko mniejszy ścisk budynków). Trzy, że wystawiałem kciuk w kierunku CZTEROPASMÓWKI + pas awaryjny + 200 metrów przede mną przystanek autobusowy + za mną zjazd w nie moim kierunku. Tragedia. Cztery – robiło się ciemno, spadała moja widoczność. Pięć – na stacji zatrzymywało się bardzo mało samochodów a kierowcy byli chętni jak kot do kąpieli.

Czułem lekką bezradność. Nie wiem czy znacie to uczucie podczas stopowania – jesteście już zmęczeni, wiecie, że miejscówa jest zła i hopeless, ale niewiele można z tym zrobić. Najchętniej rzuciłoby się to wszystko w cholerę a kierowcom napluło na maski. Ale z drugiej strony nic się nie da zrobić a głupio tak nie-łapać bo przecież czas ucieka a cuda się zdarzają. Strasznie tego nie lubię. Ale dałem sobie godzinę na absurdalne łapanie na tej czteropasmówce + pytanie się tych kilku kierowców, którzy na stację zajadą. Przez godzinę nie wydarzyło się NIC (no może wymyśliłem kolejną autostopową piosenkę do nucenia pod nosem- coś typu „sialala,w barcelonie stoję, nie mogę złapać, zaraz się spierd…ę” :D). Doczekałem aż minie równo 60 minut i już wiedziałem, co będzie moim następnym punktem wycieczki – dziwnie zbudowany hotel, który stał tuż obok stacji i już od początku wzbudzał moją ciekawość. :D

hotel

Gdy jesteśmy obwieszeni plecakiem, obtarci i zmęczeni a chcemy niepostrzeżenie wejść do jakiegoś lux budynku, np. 4-gwiazdkowego hotelu panuje jedna zasada. Wchodzisz na pełnym kozaku. Pewność siebie musi wynosić wtedy tysiąc milionów, obsługa hotelowa ma myśleć, że jesteśmy dzieckiem właściciela budynku a nasz wzrok musi być mimo wszystko spokojny. :D Pomaga też przyśpieszony lekko krok, niepatrzenie na nikogo, zdeterminowany marsz przed siebie i nie zatrzymywanie się nawet jak zagadują. Skuteczność to ponad 90%. :) Tak zadziałałem również i tym razem i po chwili byłem na otwartej przestrzeni na 30 piętrze i podziwiałem popołudniową Barcelonę z góry. :) Zdjęcia niestety nie porażają, ale musicie uwierzyć, że było warto a miejscówka była bardzo odświeżająca i zawsze zachęcam wszystkich do zdobywania jak największej ilości szczytów, słupów, wieżowców, budynków i innych dachów coby móc podziwiać wspaniałe widoki. :) A pamiętacie Radissona w Oslo?

Zdjęcie2405

Nie za bardzo chciało mi się wracać i łapać więc pojeździłem rowerem po okolicy (przypominam, że ciągle go mam, zostawiałem cały czas mniej więcej koło siebie to nikt się o niego nie pokusił, bo to akurat tutaj plaga), coś przekąsiłem i wróciłem nawet drugi raz na te 30 piętro, żeby zobaczyć panoramę nocą. :) No ale nie było bata – coś złapać trzeba, nie chcę wracać do centrum i surviwalować kolejnej nocy. Wróciłem na miejscówkę, przekląłem swoją pozycję i fakt, że było już ciemno, ale dziarsko i nieustępliwie łapałem stopa. Minuty mijały, a ja tylko coraz bardziej byłem zły na sytuację i czułem, że nic z tego nie będzie. Ułożyłem w głowie nowy plan – łapię do 20:00 (jeszcze 20 minut) i spadam stąd rowerem do centrum, odwiedzę jeszcze plażę i port, w sklepie kupię sobie to i to, a nocleg powinien być tu i tu… Sam siebie przekonywałem dlaczego warto mi spędzić jeszcze czas w Barcelonie do rana i czekałem aż wybije dwudziesta. Gdy nadszedł upragniony moment chwyciłem plecak i zacząłem iść do roweru. Po drodze miałem jeszcze dwóch kierowców, którzy stali akurat na stacji. ZAWSZE pytam się takich „niby ostatnich, przypadkowych, nie warto” kierowców – bo los lubi robić ciekawe historie. :) Podobnie przy zaczynaniu stopowania – zawsze pytać każdego w okolicy o transport, o kierunek, o cokolwiek pytać bo to klucz! Przypadkowy przechodzień może powiedzieć nam naprawdę istotną rzecz, a kierowca the last one może być tym the one. :D Tak było i tym razem – chłopak jechał do Tarragony, ale chętnie mnie weźmie. Uczulony, po sytuacji z Bilbao, chciałem być stuprocentowo pewny, że nie wwiezie mnie w miasto więc zacząłem, za pomocą 15 hiszpańskich słów, opisywać że chcę aby mnie wysadził na stacji i na autostradzie przed Tarragoną. Chłop nie mówił po angielsku nic, więc… użyliśmy translatora google w jego smartfonie (ech, co za czasy, nie ma już miejsca na trochę trudu i improwizacji, wszystko podane jak na tacy) i po upewnieniu się, że się rozumiemy – pojechaliśmy w kierunku Walencji! :) A przed po hiszpańsku to antes.

Tutaj muszę skończyć część drugą – podziwiam tych, którzy dotrwali ze mną! :) W następnej części będzie o stopowaniu dalej do Walencji, o tym czym jest Kartonowy Domek i o najlepszym punkcie programu czyli wizycie w Barcelońskim squacie. :)

Zapraszam do komentowania a na koniec jeszcze jedno zdjęcie:

Zdjęcie2388

Kacper,

Kraków, 09.12.2013

 

kacper

 
  • Kamila

    Stopowanie na wylotówce z Barcelony – jakbym czytała o sobie :D

  • mrowa

    dobry wpis, nie powiem ;)

    dawaj 3. część!