Czy warto być kibicem?

W dzisiejszym dniu, kiedy nasza reprezentacja w piłkę nożną ponownie rozgrywa mecz o honor, bo o nic innego już nie ma co walczyć, zadaję sobie i Wam pytanie – czy w ogóle warto być kibicem?

Odpowiedź brzmi – oczywiście!

Co prawda możemy rozpatrzyć to pytanie (i odpowiedź) na wielu płaszczyznach, ale według mnie – zawsze warto być kibicem. Kibicem każdego rodzaju, na każdym poziomie, w każdej dziedzinie, nie tylko sportowej. Korzyści są wielorakie i obustronne – zarówno dla kibicującego jak i wspieranego.

url

Ale po kolei.

Wydarzenia sportowe i koncerty są do siebie bardzo podobnymi zdarzeniami. Są przeżyciami grupowymi, odnoszącymi się do wyjątkowych emocji, gdzie tłum podziwia (lub nie) garstkę ludzi lub jednostki. I mimo iż te rzeczy nie wydają się na pierwszy rzut oka podobne, to jednak, z mojego doświadczenia wynika, że nie jest im do siebie daleko. :) Stąd moje zamiłowanie zarówno do jednego i drugiego. I miałbym spory dylemat gdyby ktoś dał mi wybór pójścia na finał Mistrzostw Świata lub na koncert Zeppelinów… żartuję. Oczywiście, że bym poszedł na Zeppelinów! :D

Z podobnych spraw możnaby wspomnieć jeszcze o zamieszkach i obrzędach religijnych, bo tam również występuje tłum i skrajne emocje, ale to pierwsze jest niekontrolowane i nie ma planowanego źródła a to drugie może być mocno kwestionowane, więc pozostańmy przy koncertach i meczach ;)

Ok, wracawszy do wydarzeń sportowych, takie porównanie naszło mnie gdy podczas meczu Portugalia – Dania, na EURO 2012 we Lwowie, zacząłem zauważać pewne rzeczy… przypominające mi Woodstock! Kolorowo ubrani ludzie, międzynarodowe grono, wszechobecna radość, pojednanie, celebracja i integracja. Do tego swoiste wyczekiwanie na najważniejsze – na gwiazdę programu, na główny koncert, lub właśnie – na mecz. Serio – w obydwu przypadkach panuje atmosfera ekscytacji, istniej radości uczestniczenia w danym wydarzeniu, moc mnogości otaczających nas ludzi, który podzielają naszą fascynację tym co się wydarzy. Celebracja. Celebracja tego wydarzenia i całego zgromadzenia jakie temu towarzyszy. BOMBA! Emocjonalna bomba, która drzemie w takim tłumie, a eksploduje podczas głównej gwiazdy wieczoru.

polscy_kibice_pilki_noznej

I nawet jeśli przegramy mecz, albo jesteśmy tam np. z przypadku, to trudno przejść obojętnie obok takich emocji i trudno się nimi nie zarazić. A gdy jesteśmy na to gotowi i chętni – to już w ogóle szaleństwo i pełnia szczęścia. Szczerze polecam. Aż mnie zaczęło roznosić energia, jak napisałem to wszystko! :D

No dobra, ale co z tym kibicowaniem? Jak to się może opłacać, skoro nasza ukochana drużyna nieustannie przegrywa i to w tragicznym stylu, zawodząc raz po raz rozbudzane nadzieje? (nie referuję tutaj do naszej piłkarskiej reprezentacji, chociaż bez problemu mógłbym). Otóż z kibicowania płynie kilka podstawowych zalet:

RADOŚĆ – przede wszystkim. Nie wiem czy sport nie został stworzony właśnie dla takich emocji. Wybuch radości po bramce strzelonej żelaznemu przeciwnikowi, wygrana w ostatnich sekundach po wyrównanej walce czy pokonanie Goliata, kiedy jesteśmy Dawidem. Do dziś dokładnie pamiętam kilka takich eksplozji radości. Z chirurgiczną precyzją mogę opisać te kilka sekund pełnego szczęścia po strzeleniu pierwszej bramki podczas EURO 2012 – bramki wyczekiwanej przez pięć bitych lat, od ogłoszenia gospodarza tej imprezy. Radość. Czysta, nieskrępowana radość. I właśnie dla takich momentów warto komuś kibicować. Bo ktoś powie – i tak przegrają. Być może, ale doczekamy się i zwycięstwa, a wtedy będzie pięknie. A piłka nożna jest pod tym kątem jedna z piękniejszych bo bramek pada niewiele i każda jest wartościowa.

Radość po golu na 1-0 w meczu Grecją. No nie mówcie, że nie przechodzą Was ciary podczas oglądania tego? :)

JEDNOŚĆ – trudno nie zauważyć, że wspólny doping niesamowicie łączy ludzi. Wspominałem o tym, że pamiętam dokładnie radość po pierwszej bramce na EURO? Tak, bo zacząłem się ściskać z przypadkowymi ludźmi! :D W tamtym momencie byliśmy przyjaciółmi. :) To był piękny dzień, mimo iż nie wygraliśmy. Ja wtedy czułem, że w Polsce jest zajebiście, że Polacy są zajebiści, że mamy świetny kraj, że potrafimy nawet wyleczyć się z kompleksów gonienia zachodu i zrobić imprezę na poziomie. Wszyscy dookoła byli szczęśliwi, wszyscy czuli dumę, wszyscy czuli to dzięki sportowi! Tą bramką Lewandowski wykopał pewną (złą i niepotrzebną) cząstkę polskiej mentalności daleko w kosmos! :) To był naprawdę piękny dzień. A analiza, narzekanie, spostrzeżenia apropo sportów to temat rzeka i bardzo fajnie powymieniać się poglądami z innymi ludźmi. Czasem ma to jakąś wartość i można czegoś ciekawego nauczyć, a czasem jest to po prostu dla rozładowania emocji i pogadania sobie od tak. W obydwu przypadkach nic nie tracimy. :) No i nie muszę mówić jak zjednoczeni się kibice drużyn ligowych? :D Czasem aż za bardzo.

Jeszcze raz ta radość. I jedność. W tym momencie Polska stała się innym krajem ;)

PORAŻKA I WYBACZENIE – nikt nie wygrywa przez cały czas chyba, że nazywa się Adam Małysz albo FC Barcelona. W pewnym momencie (przy długotrwałych zwycięstwach) – przychodzą bolesne porażki. Lub doświadczamy pasma samych porażek. Wtedy człowiek uodparnia się na takie rzeczy, mimo iż to nie on przegrał a tylko jego drużyna. Wtedy pojawiają się refleksje, że taka jest właśnie rywalizacja, że świat nie jest uczciwy (sędziowie?), że w pojedynkach zawsze musi być przegrany i tym razem jesteśmy nim my. I uczymy się przy następnej okazji zasiadać do kibicowania jak gdyby nigdy nic – było minęło, trzeba grać dalej, show must go on, jesteś zwycięzcą itp. Człowiek uczy się porażek i łatwiej sobie radzi z tymi w prawdziwym życiu. „Bo on wstał i się nie poddał, po roku był mistrzem świata. Bo oni tylko wygrywali a ten jeden raz przegrali z dumą. Bo porażka to część zabawy”. Warto mieć takie myśli w głowie niż zadręczać się jakimś niepowodzeniem.

url2

UCZESTNICTWO – no bo niby to Korzeniowski przebiegł (przeszedł ;)) 50 kilometrów, wbiegł (wszedł) na drugim miejscu, żeby podczas wywiadu dla telewizji dowiedzieć się o dyskwalifikacji przeciwnika i zdobyciu złotego medalu. Poryczał się jak dziecko. A ja razem z nim. Bolały mnie nogi tak jak jego (no prawie), bolało mnie jak nie wygrał złota i ryczałem ze wzruszenia jak mu to złoto wręczali. Nie przeżyłbym tego gdyby nie emocjonalne uczestnictwo w tym. Serce waliło mi jak szalone kiedy Kubica rozpieprzył swój bolid w Kanadzie. Mało nie wypadłem z butów jak Justyna Kowalczyk o długość stopy zdobywała olimpijskie złoto. Czułem lęk wysokości jak Małysz latał w Planicy. Byłem w tych wszystkich miejscach, tuż obok tych sportowców. Dzięki kibicowaniu i temu, że zwykłe trzymanie kciuków potrafi nas przenosić w inne miejsca. :) Dziś będę na Wembley.

20350_1217606727707_7188056_n

Włodek ma rację jak cholera!! Mógłbym to w całości zacytować w tym wpisie! :)

WIARA – tutaj zaczynają się schody. Bo tak łatwo kibicować Brazylii w piłce nożnej czy Amerykanom w koszykówce. Trudniej jednak latami zagrzewać Polaków w piłce nożnej czy … Polaków w koszykówce. :P To jest dopiero sztuka. Bo jak w końcu coś wygrają to przyjaciół i wiernych kibiców znajdzie się nagle wielu lecz tych, którzy nie odpuścili przez lata – będzie pewnie tylko garstka. Ale to właśnie ta garstka zostanie sowicie wynagrodzona. Ich radość z pierwszego punktu będzie największa. Wyczekana. Nieopisanie wielka w porównaniu do tych, którzy przypomnieli sobie o dopingu dopiero w czasach sukcesu. Tutaj jest dopiero lekcja pokory. No bo ile można bluzgać na polską reprezentację? Niech wygrają coś w końcu! Tyle, że trzeba być, wiernie być podczas tych wszystkich prób zwycięstwa. Czekać, dopingować, zagrzewać i wierzyć. Tutaj już jest wyższy level kibicingu i nie mówię, że każdy powinien go osiągnąć. Tutaj zaczynają się takie hasła jak patriotyzm, miłość, pełne oddanie, pasja, zaangażowanie no i wiara. Życzę każdemu, żeby kiedyś to poczuł.

I przy okazji tej wiary pojawia się temat dzisiejszego meczu – nasza kochana, piłkarska reprezentacja. My, kibice, powinniśmy dostać jakieś medale cierpliwości czy coś takiego, za te wszystkie stracone szanse, beznadziejne przegrane, głupie remisy, żałosne błędy i zawsze brakujących centymetrów. Bo my nawet nie przegrywamy z kretesem – zawsze brakuje tak niewiele, prawie zawsze przegrana wynika z głupoty (a nie z rażącego braku umiejętności), zawsze jest faza wiary i nadziei rozbudzana całkiem dobrą grą, by później po kolei marnować, krok po kroku, punkt po punkcie, wypracowaną przewagę.  I ile to już razy mówiłem sobie dośćprzechodzę do hejterstwa, od dziś zero taryfy ulgowej. Ale później znowu naiwnie i wiernie zasiadam do oglądania i kibicowania. I wiecie co? Wierzę, że kiedyś ja i inni zostaniemy za to solidnie wynagrodzeni! :)

Czekanie na mistrzostwo 44 lata! :) W ogóle tutaj dzieją się szalone rzeczy – Manchester City wygrywa ligę strzelając w doliczonym czasie gry 2 bramki! Jak to powiedział jeden z komentatorów –
„To jest, to jest po prostu… to jest niemożliwe” :D

Cóż, zrobiło się górnolotnie, a i tak część osób powie, że to tylko banda chłopa biegających za szmacianą piłką. Można i tak. Podobnie słuchając jakiegoś koncertu można powiedzieć – beznadziejne rzępolenie, ściszcie się! A obok będzie stał ktoś i płakał ze wzruszenia.

Bo koncerty i wydarzenia sportowe są w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobne :)

Kacper

 

kacper