Goodnight Sweet Prince

Goodnight Sweet Prince.

To sentencja o ciekawych korzeniach (polecam sprawdzić), a ostatnio bardzo mi się spodobała i często jej używam. Delikatna acz dosadna, poważna, ale nie do końca. Ponieważ mamy święto zapalania zniczy, poniekąd przypadkiem stwierdziłem, że warto przypomnieć trzech muzyków, których pożegnaliśmy w tym roku. Naprawdę wielkich muzyków.

Oto oni, krótko i na temat, ich muzyka będzie mówić sama za siebie:

Marek Jackowski – 18 maja

Gitarzysta i kompozytor Maanamu. Dla wielu Maanam to głównie Kora, ale trzeba wiedzieć, że całą prawie robotę robił Marek. Jak się czasem w te gitarki człowiek wsłucha to szczena opada jaką dynamikę można z sześciu strun wydobyć. To Marek był założycielem i liderem zespołu oraz głównym kompozytorem utworów. Żeby tego było mało – współpracował z Markiem Grechutą przy jego dwóch najlepszych płytach w Piwnicy Pod Baranami. Osobiście Maanam uwielbiam, głównie dla lekcji gitary jakie można od Jackowskiego odebrać! (ok, linie basu też miażdżą, a i bez Kory byłoby inaczej, ale Jackowski to była opoka tego zepsołu!) :) Już niedługo zostanie pośmiertnie wydana płyta, nad którą Marek pracował, a której nie zdążył skończyć.

Najlepiej dynamikę riffu czuć chyba w Boskim Buenos. I te półdźwięki w tle! :)

Goodnight Sweet Prince.

Ray Manzanek – 20 maja

Założyciel i klawiszowiec legendarnego The Doors. Co ciekawe – polskiego pochodzenia. Gdyby nie on, to Drzwi nie miałyby chyba takiego pięknego brzmienia. Dał czadu w kilku utworach (Touch Me), wiele z nich skomponował i przez długi czas nadawał ton zespołowi (to on miał pchać Morrisona na scenę, gdy ten początkowo panicznie się jej bał). Jednak jego największym osiągnięciem jest to co zrobił w Riders On The Storm… Te klawisze pamięta się do końca życia, takiego czegoś się nie da powtórzyć – taka delikatność (przy tym delikatność Ptasiego Mleczka porównałbym do żwiru), jednocześnie pewność siebie i melodia imitująca spadające krople deszczu. Mistrz! Pokłony! Uwielbienie!

Swoją drogą z tym utworem mam kilka wspaniałych wspomnień. Jedno z nich dzieje się w Porto, rok 2009. Kończymy posiadówkę u znajomej, jakoś po północy, zamawiamy taksówkę. Wsiadamy a tam Pink Floyd na całego. Jest dobrze. Jedziemy chwilę, a płyta przeskakuje właśnie na Riders On The Storm. Nie wiem czy wiecie jak wygląda Porto – ale to malownicza miejscowość, położona na dosyć pagórkowatym terenie. Na niebie była pełnia księżyca, niebo bezchmurne i przejrzyste. No i jedziemy tymi uliczkami, księżyc na pół nieba świeci jak szalony, ciepła noc, w oddali gdzieś widać ocean a my jedziemy przez kręte, kameralne i górzyste uliczki Porto i słuchamy tej przepięknej melodii. Nikt nic nie mówi, klimat taki, że osobiście myślałem, że się popłaczę… :D A tak wysokiego napiwku kierowcy to chyba nigdy nie zostawiłem!

Filmik niżej jest nagrany z okna mojego pokoju, gdy mieszkałem na nieobliczalnym Dielta 44.

Goodnight Sweet Prince.

Lou Reed – 27 października

Strata niedawna. Postać barwna jakich mało – typowy zblazowany muzyk, wielu uważa, że stoczony na dno. Jego pierwsze muzyczne wydawnictwa (bez sukcesu) miały miejsce już w 1957 roku (!). Później grał w legendarnym Velvet Underground, z którego odszedł po kilku latach. Następnie jest przygoda z Davidem Bowie i wydanie płyty Transformer, która przynosi szeroki rozgłos muzykowi. Później Lou miotał się między zespołami, stylami, żonami i innymi rzeczami, które zalicza się do życia „kontrowersyjnego muzyka”. Postać naprawdę barwna, jego historia na pewno nie nadaje się na tak krótką notkę. Znany głównie z utworu Perfect Day, który został użyty w filmie Trainspotting. Jeśli komuś mało – polecam równie znany utwór Walk on the wild side opowiadający o nowojorskich transwestytach. Ja tutaj jednak zarzucę Perfect Day, bo jest to utwór do bólu wręcz piękny. Stonowany, delikatny i piękny. Mało znam utworów takich jak ten. Tutaj wraz ze sceną z filmu – całkiem mocne!

 

Goodnight Sweet Prince.

 

Cieszę się, że mogłem ograniczyć się tylko do trzech muzyków w tym roku. Chociaż wypada wspomnieć jeszcze o Alvinie Lee, genialnym gitarzyście Ten Years After, na którego koncert kiedyś się wybierałem, ale ostatecznie na niego nie dotarłem. No i już nigdy nie dotrę.

Goodnight Sweet Prince.

 

Kacper,

Piszczac, 2 listopada 2013

 

kacper