Kraków wita w 24h

Dziwne, bo nie było mnie ledwo dwa tygodnie. Przecież to mało, no big deal. A ja jednak poczułem się daleko od Krakowa, zdążyłem zatęsknić i zapragnąć powrotu. Do tego tak dużo się pod moją nieobecność wydarzyło – przesilenie wiosenne działało na wyobraźnię ludzi i było po prostu ciekawie. Cóż – ja bawiłem się po prostu gdzie indziej. No i przyszedł czas powrotu. Czas „coś się kończy, coś się zaczyna”. Moje współtowarzyszki podróży zasmucone powrotem już rozpalały w sobie uczucia tęsknoty i żalu, że się już nasz wyjazd skończył. Ja dla odmiany, kierując się zasadą i uczuciem – „Nie smuć się, że się skończyło, ciesz się, że to się wydarzyło” już jarałem się wizją wskoczenia w krakowskie życie na nowo, bo wiedziałem, że na pewno coś mnie czeka – w końcu to Moje Ukochane Miasto. Przeczucie mnie nie oszukało i Kraków przywitał mnie iście królewsko!

1150997_10201743550817908_1832202268_nOstatnie zdjęcie na Słowacji - okupacja Bratysławskiego dworca :)

4:00 am

Przetarłem zaspane w śpiochach oczy i leniwie wytoczyłem się z autokaru zarzucając na siebie przeważający mnie plecak (z bagażem życia). Spoglądając na zegarek, trochę nie mogłem uwierzyć – przyjechaliśmy o 2 godziny wcześniej! Z ośmiogodzinnej podróży, zrobiła się ledwo szybka-szóstka (Sz-Sz) i choć szczęśliwy, żem wcześniej w dawnej stolicy, to zamyśliłem się nad tym, że takie przyjeżdżanie poza grafikiem jest trochę nie fair – czy to umówiona z kimś na odbiór godzina się nie zgrywa, czy zaplanowana przesiadka traci sens. Ma ten medal dwie strony i tym razem znalazłem się po tej bardziej złotej (?). Pożegnałem się z dziewczynami, podziękowałem za wspólny wyjazd i każdy rozszedł się jakoś w swoją stronę. Jest dosyć wcześnie, sobotnia noc dla niektórych się jeszcze nie skończyła – a nuż na coś trafię – pomyślałem i wykręciłem numer do dobrego ziomka. Jeden telefon wystarczył i usłyszałem tak piękne słowa – Wbijaj! Za chwilę siedziałem przy wódce mango z bliskimi mi ludźmi i na wzajem wymienialiśmy się wydarzeniami zeszłych dwóch tygodni. Wesoło! Radośnie! Hucznie! Dzwonek do drzwi! Policja! :D Szybkie spojrzenie na zegarek – choler, 5:40! Panowie jednak postanowili tylko pouczyć naszą wesołą gromadkę a my po kilkunastu minutach nie mieliśmy nad sobą żadnych limitów prawnych jeśli chodzi o wydawane przez nas decybele. Co skrupulatnie wykorzystywaliśmy. :)

6:45 am

Impreza rozkręcała się coraz bardziej, pociągając mnie w swoją spiralę zdarzeń. Spirala i amok jej towarzyszący przyjemny, a jakże, jednak pierwsze ofiary Morfeusza przypomniały mi, żebym uważał z kim tańczę bo dancefloor życia bywa śliski. A ja musiałem być ogarnięty, już zaraz, już niedługo – chciałem przecież na Fresha zajechać i szkolenie ludziom zrobić, uparłem się, że zajadę na kilka ostatnich godzin trzydniowego szkolenia, to słowa dotrzymam i dotrzymam na poziomie! Więc zluzowałem lejce i zarządziłem wycieczkę po niezbędne kalorie – te brakujące oczywiście po ciężkiej podróży. ;) Jako, że ekipa lubi ekonomię i niezbyt nadszarpywanie gospodarek swoich portfeli – padł pomysł Tosty Party, który został demokratycznie i właściwie jednogłośnie wybrany najlepszym pomysłem. Zaczęła się zatem piesza wycieczka w porannych promieniach słońca. Gdy szliśmy do sklepu zostałem trochę z tyłu żwawo dyskutujących znajomych. Przystanąłem na Plantach, skierowałem mordkę w stronę słońca, wsłuchałem się w ćwierkające ptaszki i zadumałem się na chwilę. Zrozumiałem, że jestem znowu w domu. Poczułem się bardzo szczęśliwy. Tak po prostu.

150056_10201743537537576_1126786194_nWitaj nowy dniu!

8:30 am

Napchany tostami stwierdziłem, że czas na szybkie lulu i prawdziwą, fizyczną regenerację (oczywiście po ciężkiej podróży). Położyłem się między Ofiarami Morfeusza, z tym, że ja świadomie wybierałem miejsce swojego spoczynku. Położyłem się i liczyłem tylko na to, by świrujący ciągle w kuchni pozostali znajomi – nie dołączyli do mnie zbyt szybko. Spokoju miałem pół godziny, później reszta stwierdziła, że przenosi imprezę metr ode mnie – na łóżeczko. :D Jako, że jestem zahartowany w takich bojach – przetrwałem te bombardowanie i za następne pół godziny panowała już cisza. Delektowałem się nią jeszcze następne trzydzieści minut i nastąpił moment, który tak lubię – jest rano, ja muszę gdzieś tam iść, na pociąg, na wykład, na wyjazd. Poprzednią noc spędziłem na imprezce i teraz z tej imprezki wychodzę. Sam, jedyny, samotny. Jest taki spokój wtedy, wszyscy śpią, wszyscy ci, którzy przed chwilą jeszcze darli się w niebogłosy i śpiewali Marylę Rodowicz. Teraz grzeczni, niewinni, bezbronni. Kuchnia, w której jeszcze przed chwilą trwał pełny melanż – teraz już cicha, niema, pusta i spokojna. I pośród tego wszystkiego ja – zastanawiający się dlaczego znowu ja i jak miły mimo wszystko to moment. Podelektowałem się tą sytuacją, wziąłem szybki prysznic, dojadłem tosty, przepakowałem się i wyszedłem na busa do Skawicy – Fresh czekał.

10157198_10201743534897510_227311219_n

11:10 am

No to jedziemy! Jeszcze przed chwilą siedziałem w autokarze Bratysława-Kraków, wcześniej Nitra-Bratysława, a teraz już znowu Kraków-Zawoja. Przede mną dwie godziny jazdy, powinienem się przekimać, jak to pisałem w poprzednim wpisie, ale obawa przed ominięciem stacji Skawica Kościół, trzyma mnie na nogach. Zresztą słoneczko świeci, muzyczka na uszach, co tam będę zamykał oczy na takie widoki. Po dwóch godzinach wysiadam, bo kojarzę skrzyżowanie. Wysiadam, ale po chwili łapie mnie wątpliwość – tu NA PEWNO był znak kierujący do Ośrodka Leśna Skawica, do którego zmierzam, a teraz nic takiego nie ma. Reszta się zgadza, ale przez brak głównego wskaźnika – zaczynam powątpiewać w inne sygnały. Wyhaczyłem mapę okolicy więc ją dopadłem i analizuję. No cóż – widzę co najmniej trzy podobne dróżki, przy których płyną trzy podobne rzeczki, czyli modele odpowiadające mojej pamięci. Nic nie wskóram sam, trzeba się pytać lokalsów. A gdzie wiedzą najwięcej? W sklepie! :D Za chwilę wiedziałem wszystko – znak usunęli budowlańcy dwa miesiące temu, mój ośrodek jest dokładnie 1,5 kilometra stąd, dróżka poprawna, a nawet wiedzieli, że się szkolenie tam odbywa. :) Wiejskie/miejskie sklepy – najlepszym źródłem informacji – polecam! :)

No to (tym razem) idziemy! Drałuję kilkanaście minut gdy nagle drogę zajeżdża mi samochód – miga mi światłami i trąbi bezczelnie klaksonem. Lekko zdezorientowany wysilam swój wzrok i za chwilę widzę uśmiechnięte mordki – to Kasia i Sandra! :) Jadą nie skądinąd a z Fresha – Kasia odwozi Sandrę na dokładnie ten sam przystanek na którym wysiadłem, więc wskakuję w samochód i po kilku minutach jestem już w Skawicy, na Freshu.

10153654_10201743534337496_1291128477_n

 3:15 pm

Przywitałem się ze wszystkimi, chwila przygotowań, kawusia i ciasteczko i do roboty! Zaczynam szkolenie z Andrzejem. Na szybko ustalamy plan działania – znamy się nie od dziś więc po krótkiej dyskusji mamy już schemat, pomysły i pewność, że dobrze nam pójdzie. Andrzej jest zawodowym mówcą, niemalże nieskazitelnym (hoho!) trenerem a do tego miał możliwość obcowania z uczestnikami szkolenia przez poprzednie trzy dni i zna się z nimi. Ja wchodzę na sucho, przedstawiam się i poznaję ich dopiero na początku szkolenia, więc łapie mnie na chwilę stresówa, ale szybko ją opanowuję czując się z minuty na minutę coraz pewniej. Po kilkunastu minutach jedziemy z Andrzejem już na pełnym gazie, płynnie się wymieniamy opowieściami i sprawnie uzupełniamy nawzajem. Idzie dobrze i przyjemnie, półtorej godziny mija bardzo szybko. Kończymy nasze szkolenie i tym samym ostatni punkt programu – Fresh się kończy, a dla mnie przecież dopiero co się zaczął. Dziwne uczucie, ale wiedziałem, że tak będzie więc przyjmuję wszystko ze spokojem. Za chwilę znowu będę siedział w busie. Znowu do Krakowa. Zaczynam się już przyzwyczajać. :)

7:15 pm

Lądujemy pod Cracovią. Muszę odebrać rzeczy z mieszkania gdzie wpadłem o 4 rano, więc kieruję się tam z Andrzejem – nie widzieliśmy się dwa tygodnie więc miło się gada i uzupełnia rozkminkowe braki. Zachodzimy tam gdzie ostatnio wyszedłem wśród kilku śpiących osób, kilkunastu pustych butelek i kilku niedojedzonych tostów – nie ma po tym śladu. Mieszkanie jak gotowe do sprzedaży. I to też mnie zawsze zadziwia jak szybko można zatrzeć ślady, że pozostawione pomieszczenie nie opowiada już żadnej historii, nawet tej najintensywniejszej. Chłopaki chcą się uczyć, ale że spotykamy się w miłym gronie – gadki same się kleją i chwilkę się zasiadujemy.

998959_10201743533737481_2072580748_n80%? O nie, nie, nie! Bardziej 180%! :D

9:00 pm

Okazuje się, że za chwilkę zaczynają się Gran Derbi – no cóż, mało który chłopak potrafi temu odmówić a na szczęście trafiło na takich, co nie potrafią. Za chwilę siedzimy w solidnej ekipie i oglądamy mecz przy piwkach. Zaczyna się wyśmienite widowisko. Niesamowicie dynamiczny mecz odrywa nas od świata na najbliższe 90 minut. Pada bramka za bramką, akcja za akcją, skandal za skandalem, karny za karnym! Jazda bez trzymanki! W mecz pada aż 7 bramek, lepiej sobie nie mogliśmy wymarzyć. Andrzej, jako wielki kibic Barcelony, wszystko należycie przeżywa i daje upust emocjom, (na zmianę pozytywnym i negatywnym) co jednocześnie nakręca atmosferę wśród reszty. Po ostatnim gwizdku wykonuje euforyczny taniec radości, którego mu trochę zazdroszczę, bo ja się z żadną drużyną na tyle związany nie czuję, a już na pewno nie z wygrywającą. :) Teraz to już nawet nie jest wesoło – teraz jest już szczęśliwie!

11:30 pm

Andrzej zmywa się do domu, ale posiadówa się przedłuża i siedzę u chłopaków praktycznie do białego rana. Pogadaliśmy dosłownie o wszystkim, pośmialiśmy się do łez, trochę pograłem na gitarze aż w końcu znaleźliśmy się w sytuacji gdy we trzech siedzimy w ciszy – każdy zajęty swoją rozkminką – jeden gra, jeden się uczy, a ja czytam. Bardzo tak lubię, bo jesteśmy już kumplami od lat i dzięki temu czasem można po prostu sobie razem posiedzieć a niekoniecznie gadać, dyskutować i dywagować. Złota cisza. :)

4:00 am

I tak czytając jakiś tygodnik, w pewnym momencie uderza mnie, że jestem już dobę w Krakowie. Już? A może dopiero? Tyle się przecież wydarzyło. Imprezka, spanie, przejazd, szkolenie, przejazd, piwko, meczyk i chilloucik. W 24 godziny. Bardzo intensywne 24 godziny, takie… krakowskie! :) Tak mi się to właśnie zawsze kojarzyło – to miasto pełne wydarzeń i ludzi gotowych mnie zaskoczyć i to z godziny na godzinę. A gdy będę otwarty na propozycję, chętny do poświęceń i gotowy do działania – to będzie się działo nieustannie, będę wpadał z jednej sytuacji w drugą i tak naprawdę nigdy się nie zatrzymywał. Będę zawsze w tripie. Krakowskim tripie. Tripie, którego tak bardzo kocham, za którym tęsknię i zawsze polecam! :)

PS. Tyle się działo, że potrzebowałem kolejnych 48h, żeby mieć chwilę aby to opisać. :)

1149066_10201743534137491_944035033_nPS2. A dziś, wyrzucając śmieci taki oto widok – to chyba oznacza koniec sezonu? :) Koniec jednego, początek drugiego, bo... coś się kończy, coś się zaczyna, jak to zwykł mawiać Jaskier… :)

Kacper,
Kraków, 26.03.2014

 

kacper